ŚWIAT W OBRAZACH

10 września 2013

KANADA – W DOLINIE RZEKI ŚW. WAWRZYŃCA

 

Kanada

Widok na Le Rocher Percé i Zatokę św. Wawrzyńca (Półwysep Gaspésie, Quebec, Kanada)

*

 

Na podróż po wschodniej Kanadzie poświeciłem ponad trzy tygodnie swojego czasu i tego nie żałuję, choć przecież mogłem się wybrać w dowolne, bardziej dla mnie egzotyczne miejsce na świecie. Ale to także ważna część świata, więc w końcu musiałem tam trafić i zobaczyć wszystko na własne oczy. Tym bardziej, że to ziemia tuż za miedzą. Mam więc teraz pewne pojęcie jak wygląda (głównie frankofońsko – anglosaska) cywilizacja rozłożona w dolinie rzeki Św. Wawrzyńca.

 

Kanadyjczycy dokonali rzeczy godnej szacunku – stworzyli państwo i społeczeństwo żyjące w miarę dostatnio i spokojnie. Co prawda było im łatwiej, bowiem mieli do swojej dyspozycji krainę przebogata i różnorodną. W rezultacie mamy tam do czynienia z doskonałą niemalże hybrydą amerykańskości z europejskością. Jest to pewnie zaleta, ale w moich oczach, paradoksalnie, widzę to bardziej jako wadę: dla mnie Kanada z jednej strony jest za mało europejska, a z drugiej za mało… amerykańska. W konsekwencji Stany – w porównaniu z Kanadą – to kraj z większym oddechem, szerszą perspektywą; zaś Europa… wiadomo – tradycja, zabytki, kultura i jej elementy przeniesione na inne kontynenty mogą być jedynie tej europejskiej cywilizacji odpryskiem, (podobna refleksja nawiedziła mnie w Peru).
Być może jednak nie mam racji, tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, iż to, co dla mnie jest pewnym niedosytem, dla innych może być atrybutem: amerykańskość Kanady jest dla nich moderowana europejskością, zaś europejskość rewitalizowana amerykańskością.
Niemniej ważny, z socjologicznego punktu widzenia, wydaje się płaszcz socjalny (w postaci np. „darmowej” służby zdrowia), który w Kanadzie jest grubszy niż w jakimkolwiek innym kraju obu Ameryk.

* * *

Najbardziej kosmopolityczne jest Toronto, miasto na wskroś nowoczesne. Im dalej zaś na wschód – tym bardziej górę bierze pewna lokalność, tak że w końcu człowiek nie może się porozumieć po angielsku. Dla mnie to był mały szok – jest się w Ameryce i po angielsku nie można się dogadać. Dotyczy to głównie prowincji Quebec, ale to ona właśnie wydaje się dominować kanadyjską konfederację, mimo własnych ambicji separatystycznych (przez niektórych zwanych niepodległościowymi). Jednakże, chyba te ambicje mieszkańcom Quebec przechodzą (wszak popierający je generał de Gaulle nie żyje już od dawna), bo po prostu, w obecnej sytuacji, nie mają już większego sensu (nie po to Europa się jednoczy, by Kanada się dzieliła).
Zostaje jednak pewien lokalny patriotyzm, który przybiera czasem dziwne formy (np. – dajmy na to – w ignorancji dla języka angielskiego. Zdarza się bowiem, że ludzie po prostu udają, ze go – czyli języka angielskiego – nie znają…). Pewne takie zachowania wpaja się im tam ponoć od kołyski. Innymi słowy, można stwierdzić, że niechęć do angielskiego i miłość do francuskiego wysysają oni z mlekiem matki.

* * *

W każdym z tych większych miast Kanady wschodniej (Toronto, Montreal, Quebec, Ottawa) spędziliśmy z żoną po parę dni tylko, więc nie roszczę sobie pretensji do jakiegoś głębszego ich oglądu. Wyłuszczyć mogę jedynie pewne swoje – być może bardzo powierzchowne – wrażenia. Taki sobie szkic na gorąco.

Najbardziej kolorowym i urokliwym miastem wydało mi się na pierwszy rzut oka Quebec City. Pięknie doprawdy i ciekawie położone – na stromej skarpie skalnej (część górna starego miasta) oraz na brzegu rzeki Św. Wawrzyńca (część dolna). Lecz po pierwszym oczarowaniu przyszła konstatacja, że to co mi się najbardziej podobało, było też i najmniej autentyczne – wykreowane (czy też zachowane) właściwie głównie dla turystów. Podobne wrażenie odnieść można również w innych atrakcyjnych turystycznie miastach Europy, tam jednak te stare miasta żyją swoim życiem – i pewnie żyłyby nim również bez zwiedzających. A Vieux Quebec bez turystów – mam takie obawy – padłoby jak zapomniany skansen. Wymiotłoby dorożki, oberże, restauracje, butiki i kolorowe szyldy z wąskich uliczek miasta. Ale póki co wszystko to jest ku uciesze uczestników masowej turystyki, a górujące nad rzeką malownicze mury olbrzymiego Chateau Frontenac wywierają na wszystkich odpowiednie wrażenie.

Podobna do Quebec wydała mi się zrazu Ottawa, głównie z racji nawiedzających ja równie tłumnie przybyszów, jednakże siłą rzeczy stolica Kanady nie mogłaby być li tylko turystyczną maskotką. Siedziba parlamentu, ministerstw i rządu dużego bądź co bądź państwa, musi spełniać swoje utylitarne funkcje. Mimo to Ottawa – jak za dawnych lat – nie może się pozbyć kompleksu biedniejszej i bardziej prowincjonalnej siostry Montrealu, co widać zwłaszcza na dość obskurnych i pospolitych obrzeżach miasta (no chyba że ucieknie się do olbrzymiego – 36 tys. ha! – Parku Gatineau, malowniczej ziemi lasów, jezior i wzgórz).
Można odnieść wrażenie, że zrobiono z tej Ottawy stolicę cokolwiek na siłę (podobnie jak z Brazylii w Brazylii) bowiem zaistniałe tu w XIX wieku tartak drzewny i śluzy (wokół których de facto rozrosło się miasto) zupełnie nie predestynowały tego locum na centrum zawiadowcze kanadyjskiego imperium.

Montreal spodobałby mi się pewnie bardziej, gdybym się był nie rozminął tam z (największym na świecie) festiwalem jazzowym. A tak czułem się trochę niedopieszczony, zaś samo miasto wydało mi się nieco chaotyczne i jakieś takie… architektonicznie niedorobione, zwłaszcza w okolicach nabrzeża. Montreal nie jest pozbawioną rozmachu metropolią, tyle że chyba nadal poszukuje swojej estetycznej tożsamości. Ma kilka miejsc znakomitych: jest to przede wszystkim niesamowita, obdarzona przepięknym wnętrzem, bazylika Notre Dame, pełne dobrego malarstwa Musée des Beaux Arts, no i niezwykły Parc du Mont-Royal, który jest niczym innym jak olbrzymią, porośniętą lasem górą, zaadaptowaną dla potrzeb rekreacyjnych mieszkańców miasta.

A propos parków i zieleni: w Kanadzie ich nie brakuje. Już choćby w Toronto człowiek się dziwi, jak zgrabnie można otoczyć lasami autostradę (nawet w obrębie rozwiniętym urbanistycznie – to wymagało samozaparcia by nie przeznaczyć tych terenów pod miejską zabudowę). Genialnym pomysłem było również pozostawienie w stanie bukoliczno – sielskim położonego tuż obok Toronto, na jeziorze Ontario, małego archipelagu wysepek. Dzięki temu można dziś w ciągu 10 minut uciec promem spod wieżowców wprost do małego zacisznego raju… bez samochodów zresztą. (Tu pytanie na marginesie: czy ktoś – oprócz miłośników porsche czy ferrari – może sobie wyobrazić raj, w którym byłyby samochody?

* * *

Ciekawość zagania mnie czasem do zwiedzania tworów cywilizacji, jednak zdecydowanie wolę oddychać na tzw. łonie przyrody. Musiałem więc uciec od kanadyjskich miast choćby na te kilka dni – i nocy, które spędziliśmy w namiocie (po zgrabnych butikowych hotelikach i domowych kwaterach typu Bed & Breakfast był to przeskok zaiste dramatyczny).
No cóż… klimat Kanady nie jest idealny do rozbijania obozowisk, choć miejsca przeznaczone na to są tam niezrównane. Przeżyliśmy zmiany aury gwałtowniejsze niż w tropiku, pogoda była w kratkę jak się patrzy (5 minut słońca, 5 minut deszczu, błękit nieba, a za chwilę siność chmur – i tak na okrągło). Miało to jednak swoje dobre strony: natura stawała się dzięki temu bardziej fotogeniczna, co pasowało do moich fotograficznych obsesji jak ulał: te olbrzymie, niczym okręty gigantów, kłębiaste obłoki, tudzież jasne niebiesiutkie dziury w ciemnym ołowianym niebie!

Nie można się jednak spodziewać w tym rejonie Kanady pejzażowego dramatyzmu na taką miarę, jaką spotykamy na amerykańskim Zachodzie. Przyczyna jest zasadnicza: wschód kontynentu jest geologicznie bardzo stary, dawno uformowany, góry starte i zwietrzałe. Wschód Ameryki jest wiec już bardziej uformowany i ustabilizowany – kosztem pejzażowej spektakularności. Niemniej jednak, jego północne rejony poddane były nie tak dawno – bo jakieś 10 tys. lat temu – działaniu grubych na kilka kilometrów lodowców, które starły na miał całe połacie tzw. Canadian Shield (Płyty Kanadyjskiej). Zostawiły jednak za sobą tysiące jezior i… dziwo nie mniej zdumiewające jak Wielki Kanion, a mianowicie Wodospad Niagara.

Tę przyrodę kanadyjską oglądałem głównie w okolicach fiordu Saguenay oraz na półwyspie Gaspésie (na dotarcie do Nowej Funlandii nie było już niestety czasu), lecz oprócz kilku ciekawych i uroczych wręcz zakątków – jak np. Park Narodowy Forillon i skała Le Rocher-Percé. nie zastałem tam nic co by mnie oszołomiło. No może z wyjątkiem smaku ryb, które kupowaliśmy bezpośrednio od rybaków i natychmiast pichciliśmy na naszych obozowych rożnach.

Pozostając jeszcze trochę przy komparatystyce: wybrzeże wschodnie Kanady nie jest jednak tak malownicze jak zachodnie, pacyficzne wybrzeże Brytyjskiej Kolumbii – tam bowiem, czyli na zachodzie, czuje się (pacyficzne) obrzeża kontynentu. Na wschodzie zaś nie wiadomo: ciągle to rzeka, zatoka, a może już Ocean? (Dowiedziałem się np. rzeczy lekko zdumiewającej: woda oceaniczna dochodzi aż do samego Quebec (tyle że w dolnych warstwach nurtu rzeki Św. Wawrzyńca – górne to woda słodka). Dziwnie wszak patrzyło się na rzekę, która ma przypływy i odpływy.
Jednakże dzięki tym akwarycznym wybrykom, u ujścia fiordu Saguenay ma miejsce niezwykły spektakl, który zaliczany jest do jednych z największych turystycznych atrakcji Kanady: wypatrywanie całych stad waleni, które kongregują tu w letnie miesiące. A są to wieloryby wszelkiej maści – od bieług przez orki i fiszbinowce średnie, po gigantyczne płetwale. To było chyba największe dla mnie przeżycie na całej trasie: pływanie małym ale zwinnym i szybkim Zodiakiem wśród tych wszystkich potworów, które wszak nikomu nie robią żadnej krzywdy, zajęte wystrzeliwaniem w górę powietrzno-wodnych fontann i nurkowaniem w rzecznych głębinach. I to wszystko w słoneczno-burzowej scenerii, wśród zmieniającej się niczym w kalejdoskopie aury.

* * *

No cóż… przyroda przyrodą, miasta miastami, nie sposób jednak będąc w tamtym regionie przejść obojętnie obok wspaniałych kanadyjskich muzeów. Zdecydowanie wyróżniają się wśród nich dwa: Muzeum Cywilizacji koło Ottawy oraz Królewskie Muzeum Ontario w Toronto.
Muzea bywają niekiedy synonimem nudy, ale dzieje się to głównie z dwóch przyczyn: braku zainteresowania ze strony zwiedzających lub też mało pomysłowej (gablotowo-sztampowej) prezentacji eksponatów. We wspomnianych muzeach jest zaś zgoła przeciwnie: zadziwia inwencja projektantów tych wszystkich wystaw tematycznych. To nie są tylko wystawione na widok publiczny zbiory rzeczy, ale autonomiczne małe światy, które zdolne są przemówić do naszej wyobraźni, przykuć uwagę. Równie ciekawa i niezwykła jest architektura samych budynków, w których mieszczą się owe muzea.
Jeśli chodzi o malarstwo, to widziałem dwa (bodajże największe w Kanadzie) zbiory: w Muzeum Sztuk Pięknych w Montrealu i w Galerii Narodowej w Ottawie. Choć nie mogą się one równać tym, które są w Stanach Zjednoczonych (chodzi mi głównie o waszyngtońską Galerię Narodową, nowojorskie Metropolitan Museum i chicagowski Instytut Sztuki) to jednak i tu było na czym oko zawiesić, zwłaszcza w Ottawie, gdzie ledwie starczyło nam na to dnia… Chociaż i tak przeliczyłem się z czasem i na ciekawe zbiory malarstwa kanadyjskiego (reprezentowane zwłaszcza przez tzw. Grupę Siedmiu) trochę mi go brakło.

* * *

Niewątpliwie, owe trzy tygodnie w Kanadzie były wielka przygoda i zredukowały nieco moją ignorancje co do wschodnich rubieży naszego północnego sąsiada. Mimo wszystko wolę jednak te rejony, w których Kanada bardziej pachnie żywicą, a tak jest choćby w Górach Skalistych – gdzie parki narodowe Jasper i Banff, gdzie niezrównana pod względem spektakularności górska droga Icefield Parkway, gdzie bajeczne jeziora i lodowce, rzeki, wodospady, kaskady i lasy; gdzie krystalicznie czyste powietrze, od którego poczuć można mały zawrót głowy… Ale o tym może innym razem.

*

*Kanada (2)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (3)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (4)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (5)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (6)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (7)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (8)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (9)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (10)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (11)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (12)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (13)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (14)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (15)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (16)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (17)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (18)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (19)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (20)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (21)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (22)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (23)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (24)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (25)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (26)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (27)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (28)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (29)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (30)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (31)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (32)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (33)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (34)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (35)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (36)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (37)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (38)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (39)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (40)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (41)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (42)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (43)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (44)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (45)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (46)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (47)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (48)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (49)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (50)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (51)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (52)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (53)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (54)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (55)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (56)

*

*

*

*

*

*

*

Kanada (57)

*

Zdjęcia są ilustracja wpisu „Kanada pachnąca Europą”,  jaki pojawił się na blogu WIZJA LOKALNATUTAJ.

*

*

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.